prawica.com.pl

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size
prawica.com.pl

„Pucz” i po puczu

Email Drukuj PDF

Obejrzałem w rządowej telewizji obraz zatytułowany „Pucz”. Rzeczywiście, mieliśmy do czynienia z próbą zamachu stanu, którego scenariusz był mniej więcej taki: najpierw posłowie opozycji stworzą jakiś pretekst do awantury, by następnie ją wykorzystać do obstrukcji, której celem będzie zablokowanie możliwości uchwalenia ustawy budżetowej w konstytucyjnym terminie. Takie zablokowanie bowiem stwarza skutki prawne w postaci możliwości skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów. Toteż kiedy w Sejmie rozpoczęło się blokowanie mównicy i marszałkowskiego fotela, przed Sejmem zaczęli gromadzić się ściągani w trybie alarmowym z całej Polski konfidenci Wojskowych Służb Informacyjnych, którzy mieli odgrywać tam role „zagniewanego ludu”. O wadze zadania świadczy fakt, że zjawił się tam nawet Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej w osobie pana generała Marka Dukaczewskiego, na widok którego (prijechał rewizor iz Pietierburga!) konfidenci wprost wychodzi z siebie, żeby zademonstrować gorliwość w służbie; rzucali się pod i na samochody, a niejaki pan Diduszko, którego żona w cywilu współpracuje z „Krytyką Polityczną” (redaktor Sierakowski swoim zwyczajem nie odważył się osobiście, tylko tchórzliwie wysłał najmitów), nawet udawał trupa.

 

Ale fajdanisi, których Wojskowe Służby Informacyjne wystrugały z banana na posłów, zawiedli na całej linii. Jarosław Kaczyński, który też coś tam musi przecież wiedzieć, przeprowadził uchwalenie budżetu w Sali Kolumnowej i w ten oto sposób najtwardsze jądro puczu, w postaci momentu zaskoczenia, spaliło na panewce. Oczywiście ani banda idiotów i idiotek, co to własnymi śmierdzącymi ciałami blokowały sejmową mównicę, nie miała o tym pojęcia, podobnie – jak przypuszczam – również Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej. Wojskowe Służby Informacyjne, które uważam za prawdziwą gangrenę na ciele Rzeczypospolitej, sprawiają wrażenie dziadostwa (podobno przez 26 lat nie złapały żadnego szpiega, ale musiałby musiałyby przecież łapać się za własne ręce) z którym żadne poważne centrale wywiadowcze nie powinny się zadawać. - „Listy tobie wozić, panny porywać, ale z rycerzem – dudy w miech!” - szydził pan Zagłoba z Bohuna – dodałbym jeszcze: samochody kraść i wywozić na Ukrainę, a z Afganistanu szmuglować narkotyki i szlachetne kamienie - i to bez żadnej poprawki można odnieść do obrośniętych w tłuszcz hersztów bezpieczniackich watah, które swoje mroczne, bandyckie początki, wyprowadzają z czasów okupacji hitlerowskiej i sowieckiej. Te wszystkie Humery, te Kwaski, które potem przepoczwarzyły się w Kwaśniewskich – to jest właśnie potomstwo polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, które, korzystając ze sprzyjających warunków rozwoju („jak grzyb trujący i pokrzywa”), rozwnuczyło się na nieszczęście narodu polskiego na przyszłe dziesięciolecia. To kompromitacja, że CIA toleruje na takiej Florydzie ubeckie gniazdo szerszeni. Co z tego mają amerykańscy bezpieczniacy – trudno zgadnąć, bo na razie tylko udało się przyłapać ubeckie żony na kradzieży futer w tamtejszych galeriach - ale może, swoim zwyczajem, donoszą na siebie nawzajem?

 

Aliści „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”, chociaż nasza Złota Pani, która przykazała surowo swojemu brukselskiemu fagasowi w osobie Jana Klaudiusza Junckera, żeby na 21 grudnia zwołał w trybie pilnym posiedzenie Komisji Europejskiej, która podjęłaby decyzje o ostatecznym rozwiązaniu kwestii polskiej i nawet obsztorcowała Donalda Tuska, który przyjechał do Wrocławia, żeby w razie czego być pod ręką. Oczyma duszy widzę tę scenę: „Słuchaj no, frędzlu! Zrobiłam z ciebie człowieka, ale jak chcesz być prezydentem, to ruszaj się! Zamiast tu kijem gruchy obijać, jazda mi do Breslau, pilnować interesu!” Toteż pogalopował tam skwapliwie, ale wygłosił tylko eunuchoidalne przemówienie, bo fajdanisowie w Warszawie zmarnowali moment zaskoczenia. Mam tedy nadzieję, że kiedy Donald Tusk ponownie pojawi się w naszym nieszczęśliwym kraju, powitają go okrzyki „Heil Hitler!” - podobnie, jak francuskiego polityka Jerzego Clemenceau, na etapie, gdyby był jeszcze aferzystą panamskim, witały okrzyki: „yes!”, „yes!”.

 

Ale fajdanisowie to jedna rzecz, a Amerykanie, to rzecz druga. Nie po to Amerykanie przeorganizowali polityczną scenę, żeby im teraz, zwłaszcza w następstwie zamachu stanu, na pozycję lidera wróciło Stronnictwo Pruskie, wzmocnione panienkami, a właściwie – disons franchement – wulgarnymi dziewuchami z Nowoczesnej, co to w przeszłości zdążyły już obydwoma rękami wygartywać z niejednego komina. Jeśli pan minister Walter Steinmeier mógł sobie pomyśleć, że w Ameryce zapanowało bezkrólewie, to chyba nadział się na minę. Oto do Warszawy z krótką wizytą przybył Rudolf Giuliani, który odbył dwugodzinną rozmowę z prezesem Kaczyńskim, w trakcie której okazało się, że mają wspólnych znajomych, a konkretnie jednego, ale za to takiego, co wystarczy za Legion, czyli pana Lejba Fogelmana. Ile to będzie Polskę kosztowało, to już inna sprawa – ale hamulec został wciśnięty z taką mocą, że wszystko, z Zasrancen na czele, poleciało na zbity pysk. No i złota trąbka („ja w tej izbie spać nie mogę, inną izbę daj kolego, tędy okna są na drogę, a po drodze poczty biegą. I gdy w nocy trąbka dzwoni, tak mi mocno serce skacze; myślę, że trąbią do koni...”) zagrała do odwrotu, na skutek czego Schetino „zawiesił” protest, czemu pokornie podporządkowały się wszystkie dostojne klempy z Platformy Obywatelskiej, z posagową panią posłanką Małgorzatą Kidawą-Błońską i byłą prokuratorszą, która podejrzewam o niebezpieczne związki z WSI, czyli panią Ewą Kopacz. W ten sposób periculum zostało zażegnane i telewizyjny obraz kończy się zapowiedzią „przeczesywania terenu”, które Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer 5” porównał do „gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa”.

 

Opisywałem sekwencję tych wydarzeń już kilka razy i nie byłoby żadnego powodu, by do tego wracać, gdyby nie dwie sprawy. Po pierwsze, pan Adam Bielan, który po różnych przygodach znowu znalazł się na łonie prezesa Kaczyńskiego, skąd czerpie siły żywotne, wyraził we wspomnianym obrazie pogląd, że nici „puczu” prowadzą do Moskwy, gdzie, jak wiadomo, czai się złowrogi Putin. Warto tedy zwrócić uwagę, że firma, która „przypadkowo” w najgorętszym momencie „puczu”, gdy jeszcze nie było jasne, że moment zaskoczenia został przez Zasrancen zmarnowany, prawie na całym obszarze Polski wyłączyła sygnał rządowej telewizji, była firmą amerykańską, a nie rosyjską. Jakie udziały albo wpływy ma w tej firmie żydowski finansowy grandziarz Jerzy Soros, który nawet nie próbuje ukrywać, że nie tylko sam stoi za przewrotem politycznym w Polsce, ale w dodatku podkręca redaktora Michnika i jego cyngli – tego nawet autorzy obrazu nie próbowali nawet zauważyć. Putin – jaki jest – każdy widzi – ale na wszystko jednak się nie nadaje. Druga sprawa, to Donald Tusk. Przecież nie przyleciał do Wrocławia z Moskwy, tylko z Brukseli, z której nie ośmieliłby się wystawić nawet nosa bez pozwolenia Naszej Złotej Pani z Berlina, która – najwyraźniej po przeanalizowaniu przez BND przydatności starych kiejkutów dla niemieckiej razwiedki, skutków objęcia amerykańskiej administracji przez Donalda Trumpa i przybyciu do Żagania, leżącego wszak na niemiecko-polskiej granicy, amerykańskiej ciężkiej brygady pancernej - postanowiła 7 lutego przyjechać do Warszawy, by namówić się z prezesem Kaczyńskim, w jaki sposób w nowej sytuacji będzie realizowane „pogłębianie integracji w Unii Europejskiej”. Obawiam się, że jednym z warunków łagodniejszej formy „pogłębiania integracji” będą gwarancje nietykalności dla starych kiejkutów, których nikt nie ośmieli się już nie to, że wziąć na powróz za zdradę stanu – jak to u siebie zrobił turecki prezydent Erdogan – ale nawet powsadzać za kraty – bo pan prezes Kaczyński mówi tylko o odpowiedzialności „posłów”, co to „łamią prawo”. O tych, którzy i posłów i niezawisłych sędziów co rano nakręcają, żeby ćwierkali z właściwego klucza, nie ośmieli się nawet wspomnieć komisja badająca aferę Amber Gold.

 

Stanisław Michalkiewicz  •  Komentarz  •  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl  •  16 stycznia 2017

 

 

 
Reklama

Rys. Maciej M. Michalski

Michalski 18.jpg

wolne media

Strony Patriotyczne















Kilar.jpg

Wydawnictwo Poznańskie


Liczba miesiąca

56% uzyskuje w Polsce pracodawca z każdej zainwestowanej w pracownika złotówki. W Europie jest to przeciętnie 20%. Oznacza to, że jesteśmy traktowani, jak dojne krowy. Poziom niewolnictwa jest wyższy tylko w Rosji (86% zysku). Praca za miskę ryżu nadal jest w Polsce normą – wynagrodzenia wystarczają wyłącznie na bieżące potrzeby. Na zachód od Odry jest jakby trochę inaczej.

Więcej informacji znajdziesz tutaj.

Rys. Maciej M. Michalski

Michalski 15.jpg