prawica.com.pl

  • Increase font size
  • Default font size
  • Decrease font size

Egalitaryzm dla frajerów

Email Drukuj PDF

To, że Polacy są podludźmi, a w najlepszym przypadku ludźmi drugiej kategorii jest dla przedstawicieli Zachodu oczywistą oczywistością. Warto jednak abyśmy i my uświadamiali sobie na czym polega partnerstwo i równość w Unii Europejskiej i byśmy godząc się na rolę pariasów, mieli świadomość, że w dzisiejszych czasach lepiej żyć na kolanach, niż ginąć stojąc.

 

Mimo, że już ponad pięć lat jesteśmy rzekomo pełnoprawnym członkiem tej światłej, egalitarnej i tolerancyjnej organizacji, nijak nie możemy doczekać się zrównania szans rozwoju i poziomu życia. Większość z nas wie (bo podróże kształcą), że ceny na zachodzie Europy nie odbiegają od naszych krajowych o więcej niż 10-20%. Kto nie wierzy, ten może to bez trudu sprawdzić na internetowych stronach niemieckich i francuskich hipermarketów.  Ceny usług mogą wprawdzie być wyższe, ale zapewne nie więcej niż dwukrotnie (przy tym np. kawa we włoskiej kawiarni kosztuje ok. 5 zł, czyli mniej niż u nas). Benzyna jest w zbliżonej cenie (podobnie jak żywność), ok. 5 zł. Sprzęt AGD i RTV tak, jak samochody, leki i wycieczki turystyczne są u nas zdecydowanie droższe (licząc w Euro)! Można zatem bez wahania powiedzieć, że koszty życia w Polsce, w porównaniu z kosztami życia w innych częściach Europy są zbliżone i niewiele niższe niż średnia UE. Tymczasem wynagrodzenia są przynajmniej czterokrotnie niższe. Dla przykładu, najniższe wynagrodzenie w Holandii wynosi 5.730 zł, a w Irlandii ponad 6.000 zł. Nawet w dość ubogiej Portugalii minimalna płaca to 2.193 zł, podczas gdy u nas jest to zaledwie… 1.317 zł.

 

Dość niewolnictwa!

 

Dlaczego? Tak, już słyszymy ten lament, tą powtarzaną jak mantrę, wyższą prawdę o naszej słabej wydajności. Już widzimy tych, skądinąd inteligentnych i pracujących ponad miarę menadżerów, którzy na potwierdzenie owej bzdury, przedstawią się nam jako dłubiący w nosie, leniwi nieudacznicy, niepotrafiący używać komputera i faksu. My, naród polski, to kupa patentowanych obiboków i ćwierćinteligentów, których wydajność pracy jest ledwie jedną czwartą wydajności Niemca i Francuza. To wszystko tłumaczy, podobnie jak to, że nasza produkcja jest niedostatecznie zmechanizowana. Pytanie tylko dlaczego? Czy maszyny są niedostępne? Jest na nie jakieś embargo? Nie? To może nie opłaca się ich kupować, żeby być wydajniejszym? Dziwna logika. Podobnie jak zastanawiający jest fakt lokowania na polskiej ziemi fabryk przez Zachodni kapitał (np. fabryki Fiata). Skoro bowiem jesteśmy tak mało wydajni, to trzeba się liczyć z tym, że do jednej czynności potrzeba co najmniej czterech Polaków, a wówczas biznes może okazać się nierentowny. Tymczasem jednak, polski przedsiębiorca napotyka na najprostszą barierę - zakup jakiejkolwiek maszyny, czy innego środka produkcji jest dla jego kieszeni czterokrotnie większym wydatkiem niż dla Włocha i Niemca. Jak mamy zatem konkurować z nimi, tym barddziej że nie dostajemy od rządu trzyletniej ulgi podatkowej?

 

 

Wygląda na to, że ktoś jest tutaj mocno głupi i tym głupszy, im bardziej nie chce zdać sobie sprawy ze swojego położenia. Możemy kupić i sprzedać każdy towar, granic praktycznie nie ma, mamy dwie ręce do pracy i nienajgorszą wiedzę… tymczasem godzimy się pracować za jedną czwartą wynagrodzenia Niemca, Francuza, czy Włocha. W imię czego? W imię równości żołądków, mózgów, czy potrzeb? Czy swoją niewolniczą, półdarmową pracą chcemy przyciągnąć zagranicznych inwestorów, którzy każdą fabrykę ulokowaną w blaszanej hali są w stanie przenieść do innego kraju w ciągu dwóch miesięcy? Taki jest nasz priorytet – dać zarobić innym? To zresztą zupełnie nie dziwi również w konfrontacji z prostym faktem, że nadal godzimy się na mniejsze dopłaty do naszego rolnictwa, mimo że ceny żywności są prawie jednakowe, a wymagania jakościowe produkcji identyczne. Jak może bowiem dziwić absurd polegający na tym, że przy niższych dopłatach i rzekomo gorszej wydajności, polski rolnik sprzedaje swoje produkty za niższą cenę niż rolnik francuski. Nie dziwi nic, nawet to że takiego samego dziadowskiego życia chcemy dla naszych dzieci i wnuków. Warto bowiem zdawać sobie sprawę, że przyjęcie Euro po obecnym kursie  (4,1 zł) zakonserwuje ten niewolniczy system na kolejne pokolenia. Uczcie już dziś swoje pociechy czapkować przed paniskami ze starej Unii, może okażą się ludzcy i nie przeniosą swoich blaszanych fabryk do Turcji i Rumunii, wszak czterdziestomilionowy kraj nie jest dla nich rynkiem zbytu, a jedynie rezerwuarem taniej i nieco przygłupiej siły roboczej. Przygłupiej, bo wydającej się wierzyć, że 1 Euro musi kosztować 4 złote, gdyż taka jest rynkowa cena. Tymczasem, kurs ten jest ustalany arbitralnie przez NBP na podstawie żenująco nielicznych transakcji dziennych, a każdy większy ruch spekulacyjny powoduje niemożliwe do zahamowania zmiany (mamy zbyt małe rezerwy dewizowe by się przed nimi bronić). Polska waluta nadal nie jest walutą w pełni wymienialną, a kurs wejścia do ERM2 będzie zależał od ustaleń z Europejskim Bankiem Centralnym. Od ustaleń, a nie od gry rynkowej. W tej materii więcej zresztą zależy od psychologii i gry interesów politycznych, niż od gospodarki. Gdyby w początkowej fazie transformacji, gdy kurs był ustalany nieomal ręcznie, a złotówka nie była wymienialna nigdzie zagranicą, przyjęto inny, korzystniejszy kurs – dziś 1 Euro mogłoby kosztować 2 złote i nikt by się temu nie dziwił. Mieliśmy już zresztą zupełnie „wolnorynkowy” kurs na poziomie 3,3 zł (w roku 2008). Skoro mógł się on zmienić o 25% w górę (do 4,1) to czemu nie mógłby i w dół (do 2,47) – koniec końców nasza gospodarka w tym czasie nie uległa osłabieniu, a majątek narodowy nie został ponownie rozgrabiony.Oczywiście, większość wykształconych ekonomistów powie, że przy kursie 2,47 zł nasi eksporterzy staną się niekonkurencyjni i zbankrutują. Nie ma jednak przeszkód, by wynegocjowali ze swoimi pracownikami obniżenie wynagrodzenia o 25% (w Euro zarobią tyle samo), przecież to tylko kwestia psychologii. Prawda jest jednak taka, że ukryte bezrobocie zamieniliśmy na ukryte niewolnictwo. Godzimy się bowiem wszyscy zarabiać czterokrotnie mniej niż Niemcy, bo nie potrafilibyśmy pogodzić się z faktem, że czterokrotnie mniej zarabiają tylko pracujący u eksporterów, a inni Polacy (np. w usługach) zarabiają normalnie. 

 

Niektórzy wprawdzie mają sztywne kolana i wolą walczyć stojąc – są to jednak nieliczne nierozgarnięte oszołomy, które nie pojmują, że walenie głową w mur nie przemoże paneuropejskiej idei nakreślonej wiele lat temu przez niemieckich faszystów (w szczególności przez Hansa Franka). Dlatego lepiej wmówić sobie i swoim dzieciom, że należy nam się najwyżej jedna czwarta godziwego wynagrodzenia za pracę. Pracę, która podobno czyni wolnym.

 
 
Reklama

Rys. Maciej M. Michalski

Michalski 14.jpg

wolne media

Strony Patriotyczne















Kilar.jpg

Wydawnictwo Poznańskie


Liczba miesiąca

18.300 złotych miesięcznie kosztuje utrzymanie jednego pensjonariusza domu poprawczego.  Może gdyby dać te pieniądze naszym milusińskim, młodocianym bandytom - nie wkroczyliby na przestępczą ścieżkę. Wyrok mógłby przed sądem brzmieć: „Z uwagi na trudne dzieciństwo Sąd przyznaje młodocianemu gwałcicielowi zasiłek w wysokości 18 tysięcy złotych miesięcznie”.

Rys. Maciej M. Michalski

Michalski 13.jpg